środa, 23 listopada 2011

ROCZNICE ZAKAZANE?

______________________________________________________________________________

Rocznice, wiadomo, wypada je obchodzić, a nawet celebrować, bo tym sposobem utrwalamy narodową pamięć, a naszych przodków czyny i zasługi z księgi dziejów odkrywamy. Gdyby Rzeczypospolita państwem niepodległym była świętowanie rocznic nie sprawiałoby ambarasu premierom czy prezydentom. Niestety, z suwerennością nie jest najlepiej w III RP (czy naprawdę naszej?), zatem niektóre rocznice pokrywamy oficjalną zmową milczenia, choć przemkną tu i tam na niezależnych portalach.
Tak właśnie stało się z 400-leciem hołdu ruskiego, które przypadło na dzień 29 października bieżącego roku. 

Na witrynach internetowych pojawiła się reprodukcja słynnego obrazu Matejki z Zygmuntem III Wazą, odbierającym pokłony cara Wasyla Szujskiego, którego na zamek królewski przywieziono „karetą skórzaną, otworzystą”, by tłum na Krakowskim Przedmieściu zebrany mógł obejrzeć dostojnego jeńca. Car jechał w szatach z białego złotogłowiu i w wysokim szłyku futrzanym. Wieziono też jego syna, Iwana, oraz Dymitra Szujskiego, wodza licznej armii, rozbitej pod Kłuszynem  przez husarię hetmana Żółkiewskiego. Oni również bili czołem o posadzkę zamku, oddani królowi przez hetmana w pięknej oracji, a poleceni łaskawości monarchy.
Car w niewoli, Smoleńsk po 97 latach wracał do Rzeczypospolitej, polska załoga na Kremlu. Taki był bilans tamtych lat, trudny do przełknięcia dla Putina i Miedwiediewa, dlatego Komorowski z Tuskiem zrezygnowali z obchodów rocznicy ruskiego hołdu.

A 5 listopada minęło 400-lecie nowego hołdu pruskiego, odprawionego na Krakowskim Przedmieściu w zaledwie kilka dni po pokłonach cara Wasyla. Zygmunt III, zasiadający na wysokim podium, odebrał hołd od elektora brandenburskiego, któremu bezmyślnie oddawano w dziedziczne lenno Prusy Książęce.
Był to błąd o wiele większy od decyzji Zygmunta Starego z 1525 r., który – odstąpiwszy od oblężenia Królewca - zadowolił się mało znaczącym hołdem Albrechta Hohenzollerna jako świeckiego władcy Prus. Nie mogła tego też pojąć  królowa Bona, tym bardziej, że dwa miesiące przed hołdem sejm uchwalił: „Nie zawierać ani pokoju, ani rozejmu z Zakonem, lecz usunąć go z tych ziem”. Hołd z r.1611 był natomiast już gwoździem do trumny, a Pomorze powoli stanie się korytarzem. Obchody rocznicy tego hołdu przypomniałyby więc krótkowzroczność naszych monarchów, a zwłaszcza Zygmunta III Wazy, który za trzysta tysięcy złotych, wpłaconych przez elektora do skarbca królewskiego, zaprzepaścił żywotny interes Rzeczypospolitej. 
Tej rocznicy powinni wstydzić się Polacy, ale też niezupełnie ponoszą winę za ten stan rzeczy: Zygmunt III Waza był w istocie cudzoziemcem na polskim tronie, na jego dworze roiło się od Szwedów, Niemców, Włochów czy Węgrów, a Zamoyskiego odsunął od rady. Dwór jej małżonki Anny Austriaczki także pełen był poddanych Habsburga. Król Zygmunt, opętany nierealną ideą narzucenia katolicyzmu Szwecji i Rosji, zniweczył też kartę moskiewską.

W tym roku mija ponadto mniej znana rocznica: 700-lecie buntu mieszczan niemieckich w Krakowie i Sandomierzu, rozpoczęty w maju 1311 roku. Zamierzali połączyć się z Czechami, oddać Polskę Janowi Luksemburskiemu. W spisku tym brał udział klasztor bożogrobców w Miechowie. Rocznica zatem dość kłopotliwa, też z uwagi na krwawe represje ze strony Władysława Łokietka. Po rocznym oblężeniu odzyskał on Kraków, po czym głównych winowajców kazał końmi włóczyć po ulicach, wieszać lub łamać kołem. Szef  rebelii, wójt Albert, uciekł do Opola, a ludzie Łokietka ścinali głowę każdemu, kto nie potrafił wymówić tych czterech słów: soczewica, koło, miele, młyn. Sprawdzian i tak był ulgowy, bez chrząszcza ni chrabąszcza.  Kraków utracił przywileje, a w aktach miejskich niemiecki został zastąpiony łaciną.

O, gdyby zmartwychwstali wojowie Łokietka i zrobili porządek w III RP, ścinając tych wszystkich, co nie potrafią wymówić słów: praworządność, lustracja, demokracja, niepodległość! Dopiero wtedy udałoby się zbudować normalne państwo – IV Rzeczypospolitą,  której podwaliny daremnie próbowano rzucić w latach 2005-2007. Niestety, postkomunistyczny układ z Michnikiem w roli nadzorcy zniszczył ten słuszny projekt, a bagno III RP nieustannie domaga się oczyszczenia. Nie będzie temu sprzyjać kolejna kadencja rządów koalicji PO-PSL, gdyż jej polityka jedynie pogłębia wymiary niepraworządności.

Przed obchodami rocznicy 11 listopada na wielu portalach pisano o zagrożeniach ze strony planowanych kontrdemonstracji. A pani prezydent Warszawy – rozczytana w „Gazecie Wyborczej”, gdzie szczuto patriotów - wydała  zezwolenie na ową kontrdemonstrację, co było decyzją haniebną, wrogą naszej tradycji. Szykowali się lewacy, a nawet ściągnięto niemieckich antyfaszystów, którzy mieli dać odpór polskim…”faszystom”. Tak oto media przedstawiały Polaków celebrujących rocznicę odzyskania niepodległości po rozbiorach!!

Ten scenariusz oznaczał wręcz prowokowanie zamieszek. A dlaczego obchody Święta Niepodległości chciano zakłócić odgórnie? Bo decyzja władz stolicy musiała chyba mieć aprobatę rządu i Belwederu. A jakaś „Krytyka Polityczna” ( i ich sponsorzy) może działać wyłącznie za zgodą władz. I okazało się, że w III RP  – jak w PRL-u – władza tępi obchody rocznicy 11 listopada, a tzw. „kosmopolici” walczą z tradycją i pamięcią narodu. Być może – jak czytaliśmy na portalu – dążono do megaprowokacji. Dostarczy ona władzy pretekstu nawet do zakazu Marszu w roku przyszłym, bo nad wolę narodu wyżej stawia się życzenia „Wielkiego Brata” oraz dezyderaty europejskich „postępowców”.

Do zamieszek niestety doszło, a nawet TVN przyznała, że niemieccy antyfaszyści byli bardzo agresywni. Trudno pojąć, że niby suwerenne państwo wzywa cudzoziemców do rozbijania legalnej manifestacji z okazji narodowego święta! Rząd Tuska byłbyż więc zbieraniną zdrajców i psychopatów? 
Może to dyskusyjne, ale z pewnością rząd ulega inspiracjom z obozu Michnika i urbanowskiej przybudówki. A radcą prezydenta K. został generał J.! Uderza też hipokryzja prezydenta Komorowskiego, który apelował o pojednanie pomiędzy zwolennikami Piłsudskiego a Dmowskiego, lecz kiedy pochód zmierzał z kwiatami pod pomnik tego ostatniego, został zaatakowany przez bojówkarzy z cichym wsparciem sił porządku.
Wóz TVN podobno podpalili policjanci. W starciach było wielu rannych, aresztowano 210 osób (w tym 90 niemieckich najmitów), którym tzw. „sądy” III RP wytoczą procesy. Te represje przypominają czasy powojenne, kiedy reżim PRL-u rozbijał pochody z okazji 3 Maja z jeszcze większą brutalnością. 



Godne uwagi jest to, że do zamieszek doszło tylko w Warszawie, opanowanej przez michnikowszczyznę czyli progeniturę funków KPP, działającą w mieście, gdzie w powstaniu zginął kwiat patriotycznej młodzieży. W innych miastach dzień 11 listopada (zwany czasem urodzinami Polski po rozbiorach!)  obchodzono spokojnie, z godnością. Ale i w stolicy było godnie tam, gdzie nie szalała policja z lewakami, a marszałkowi złożono kwiaty. Recytacji K.Łaniewskiej też nie przerwano!

 Rozwój wydarzeń ukazał wielki brak logiki wśród importerów bojówkarzy, bo zaproszonych przez lobby „Gazety Wyborczej” i panią Walc Niemców policja …aresztowała wraz z polskimi lewakami! Nie dano im szansy wypełnienia ich misji do końca, co oznacza jakiś brak koordynacji między urzędem pani prezydent a policją! Może chodziło więc tylko o wywołanie burd po to, by potem Palikot mógł oskarżyć …Kaczyńskiego o dążenie do władzy za pomocą zamieszek (!). Jeszcze trochę, a prezes PiS-u zostanie oskarżony o …przywiezienie autokarami owych Niemców, bo w tę stronę zmierza absurdalna bufonada Palikota.

Przed Świętem Niepodległości upokorzono Polaków jeszcze w inny sposób: odebrano im orła z koszulek piłkarskiej reprezentacji! PZPN najwidoczniej spełnił tu instrukcję „kosmopolitów” walczących z nacjonalizmami w Europie, a zatem znowu wracamy do „autorytetów” michnikowszczyzny. Odebrano nam orła, za którego tyle krwi przelano, a – jak dotąd – żadna partia w Sejmie nie stanęła w obronie narodowego godła. Jak to możliwe?  Niestety, przy okrągłym stole ubecki chirurg Kiszczak wyciął serce zbyt wielu Polakom! 

________________________________________________________________________________




______________________________________________________________________________

piątek, 7 października 2011

CYNICZNA WOJNA

_________________________________________________________________________________

Od zakończenia II wojny światowej trwa cyniczna wojna z narodem polskim, prowadzona już w czasach nominalnego pokoju.

Nie musimy tu chyba przypominać tysięcy pomordowanych w latach stalinizmu, a nie byli to tylko AK-owcy, działacze organizacji niepodległościowych, partyzanci z lasów czy gimnazjaliści likwidowani wyrokami tzw. sądów na kółkach. Mordowano nawet przedstawicieli  legalnej opozycji: jeszcze przed wyborami do Sejmu w 1947 r. zamordowano 118 działaczy PSL-u, innych wtrącono do więzień, gdzie przebywało wtedy ponad sto tysięcy ludzi.
To w latach stalinizmu ukształtował się system bezprawia, który trwa po dzień dzisiejszy, chociaż od roku 1956 rozpoczął się okres odwilży, a z więzień wypuszczono 28 tysięcy politycznych, ludzi często złamanych lub nieuleczalnie chorych.
Po roku 1956 mordowano już tylko selektywnie, ale często, co ujawniła nawet komisja Rokity. Odwilż nie trwała zresztą długo, nawroty totalitarnych „przymrozków” przeplatano „liberalizacją” reżimu, by znowu w stanie wojennym rzucić Polskę na kolana. Ta wojenka jaruzelska była powrotem do represji w skali całego społeczeństwa, bo zdelegalizowano nie tylko „Solidarność”, ale i związki twórcze jak Związek Pisarzy Polskich, Związek Plastyków czy dziennikarzy.
Do roku 1989 trwała agonia systemu, lecz wbrew jaskółkom liberalizacji zdarzały się zabójstwa opozycjonistów i księży. A przy okrągłym stole PZPR podzielił się władzą z „konstruktywną” częścią opozycji, aprobowaną przez ministra Kiszczaka. Okrągły stół okazał się wręcz aktem reanimacji systemu, gdyż jego nierozliczona nomenklatura wraz z rozgrzeszonymi kadrami bezpieki uwiła sobie nowe gniazdo w IIIRP, blokując od środka prawdziwie demokratyczne przemiany. Wiodącą rolę PZPR-u przejął obóz Michnika ( czerwone dynastie!) wraz z generałami byłego WRON-u i WSI. Te ostatnie jakby odrodziły się po lustracji za rządów PiS-u. Czołgi zastąpiono szantażem gazowym. A wirusy korupcji przeniknęły z PRL-u do IIIRP wywołując niesłychaną epidemię afer i defraudacji.

Nie oczyszczono wymiaru sprawiedliwości, zatem system bezprawia znany z PRL-u przyjął się, a nawet dalej kwitnie w niby nowej Polsce. Mówią o tym kuriozalne wyroki chroniące ikony PRL-u, a także wielka ilość umorzonych afer korupcyjnych. Trwa też agresja medialna wobec narodu, obłudna kampania zawstydzania Polaków za niepopełnione winy czego symbolem stała się hitlerowska zbrodnia w Jedwabnem. Dyrygentem tej antypolskiej kampanii jest Michnik, a na łamach jego gazety ukazują się też kalumnie szkalujące AK. Nasila się  agresja wobec Kościoła i religii, a głównym „celebrytą” tej kampanii jest Nergal, który drze Biblię i wulgarnym wrzaskiem znieważa chrześcijan. Ten atak na tradycję uderza w duszę narodu, ale jest też prymitywną głupotą, agresją wobec Boga i całej planetarnej współnoty chrześcijan. Biblia jest wreszcie też dokumentem dziejów Izraela. Okrzyki Nergala wpisują się w głęboki upadek języka cechujący wielu polityków, a sięgający rynsztoku. Oczywiście „piosenkarza” popiera „Gazeta Wyborcza”, bastion antypolskich szwadronów, także główna komendatura wojny z narodem, przy której nawet TVN pełni rolę pomocniczą.

W obu tych ośrodkach walczy się z prawdą, a jest z nią gorzej niż z mięsem w PRL-u, bo wtedy czasem rzucano ochłapy, dziś natomiast ani skrawków prawdy nie uświadczysz w państwowych mediach. Za prawdą trzeba iść do Białej Księgi.  Niestety, część ludzi nie chce znać prawdy. Chcą za to, by to, w co oni wierzą ( a raczej akceptują dla wygody), inni też uznawali za prawdę.
Prawda jest więc pierwszą ofiarą cynicznej wojny z narodem, codzienne unicestwianie jej ułatwia rządy tym, co zaparli się polskości, by stać się rzecznikami obcych interesów.  W unicestwianiu prawdy biorą udział pewne „autorytety”, a także rozgałęziony przemysł mediów.
A jednak prawda dociera do ludzi drogą logicznego myślenia, również poprzez niezależne pisma jak „Gazeta Polska” czy „Nasz Dziennik”, albo witryny internetu. W wielu komentarzach internautów przebija świadomość stanu rzeczy jak pisze jeden z nich: „Tusk nie pracuje, tylko toczy wojnę z polskim narodem od czterech lat i to krwawą wojnę, bo giną w niej żywi ludzie”.

Istotnie, wydłuża się lista ofiar selektywnegp terroru, zapoczątkowana w IIIRP tajemniczymi wypadkami w kręgu afery FOZZ-u. Natomiast apogeum  wojny Platformy ze śp. Prezydentem była masakra w Tupolewie pod Smoleńskiem. Zbrodnia ta jest kolejnym aktem owej bezlitosnej wojny z narodem, trwającej nieustannie od 1945 roku, a której ciągłości nieraz sobie nie uświadamiamy. 
Trwa bitwa o Polskę między stronnictwem patriotycznym -  reprezentuje je PiS - a szeregami antypolskiej agentury, rozlokowanej w pozostałych partiach. W tej wojnie wielką ofiarą jest też sama demokracja, którą podważa postkomunistyczny układ trzymający władzę, a trzyma się jej pazurami.
Są nawet wyraźne znaki powrotu do praktyk totalitarnych, podczas gdy sądy nie odzyskały niezależności, a zatem kolejną ofiarą jest sprawiedliwość, rzecz jakże istotna dla obywateli, a która powinna być siostrą wolności. Niestety,w tej wojnie z narodem układ demoluje też funkcje wielu  organów państwa, poczynając od prokuratury a kończąc na Sejmie.
Jest coraz gorzej, a  świadomość obywateli jakby nie dostrzegała, że Platforma Obywatelska jest wyłącznie platformą interesów oligarchów. Dobitnie  wyraził to inny internauta: „ Tej oto DEMOKRACJI nie byliście w stanie dopracować się w latach „wolnej” Polski. To więcej niż bolesne. Dzisiaj (…) jesteście dla tych niedorozwiniętych, śmieci, analfabetów, złodziei, zwykłych kryminalistów – dalej poddanymi. Toż trzeba wybitnej naiwności. Naród, który tak wiele przeszedł, żeby dalej być tak naiwnym ? Czas wielki zrzucić z siebie KAJDANY…”  ( koniec cytatu).

Ale jak je zrzucić, gdy frekwencja wyborcza w najlepszym razie przekracza 50%, być może dlatego, że Polacy nie widzą ciągłości owej wojny z ich narodem? I nie zdają sobie sprawy, że mogą ją przeciąć w powszechnym głosowaniu, co byłoby warunkiem wstępnym do trudnej neutralizacji antypolskiej agentury.

Układ post-komunistyczny  boi się więc emigrantów uzależniając ich głosowanie od posiadania paszportu, gdy powinna tu wystarczyć metryka urodzenia. Szesnaście milionów Polaków rozsianych po świecie mogłoby poważnie wpłynąć na wynik wyborów, a to niepokoi włodarzy IIIRP a zarazem dziedziców PRL-u. Zależy im też na podzieleniu nas, abyśmy bili w tuziny bębenków i wymachiwali różnymi proporczykami. 
Pokażmy im figę i maszerujmy pod jedną flagą stronnictwa polskich serc!

________________________________________________________________________________

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Cudów nie ma, wszystko ściema

_____________________________________________________________________________

Cudów nie ma, wszystko ściema ---- z takim napisem maszerowano niedawno (13.lipca) w Warszawie, a także w innych miastach. Pochód zorganizowany przez członków i sympatyków NSZZ „Solidarność” liczył w stolicy kilkadziesiąt tysięcy protestujących, być może prawie 80 tysięcy. W oficjalnych mediach zaniżano oczywiście te cyfry, pokazując tylko migawki z tej manifestacji. Ludzie zbierali się na Placu Piłsudskiego, gdzie najpierw odbył się koncert popularnego Pawła Kukiza ( znanego też na antypodach, bo odwiedził nas w roku olimpijskim ) i gdzie na ekran emitowano napisy, np. „Ile lat dostanie Tusk?” albo „Donaldzie Tusku, chciałeś cudu, oszukałeś lud”.



Podczas koncertu Kukiza wyświetlano też obrazy występów Tuska z obietnicami obniżenia podatków, równym dostępem do służby zdrowia oraz walki z korupcją. Obietnic tych nie dotrzymano: podatki poszły w górę, grozi prywatyzacja szpitali, a rząd chroni aferzystów. Rację miał Ziobro więc mówiąc, już w roku 2007, że rząd PO-PSL stworzy front obrony przestępców. Nad placem unosił się też balon z napisem „Polityka wasza – bieda nasza”, wznoszono okrzyki : „Złodzieje, złodzieje…”. Z 7-metrowego sterowca rozrzucano ulotki. Wreszcie pochód ruszył z białymi flagami,a na nich jak maki czerwone litery „Solidarności”!
Maszerowano Królewską, Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem i Wiejską przed gmach Sejmu, a delegacja udała się do kancelarii premiera. Tusk, wraz z ministrem Bonim, przyjął Przewodniczącego KK „Solidarność”, Piotra Dudę, który wręczył mu petycję. Były w niej postulaty podniesienia płac minimalnych, obniżenia akcyzy na paliwo, przekazania środków na Fundusz Pracy i zwiększenia liczby osób uprawnionych do korzystania z pomocy społecznej.


Wyciszanie w mediach informacji o tym pochodzie może sugerować, że premier Tusk – jak zwykle – nie zamierza spełnić postulatów „Solidarności”. Na tym polu premier jest recydywistą doskonałym. Posiada też bogate doświadczenie w dziedzinie serwilizmu wobec dysponentów władzy, bo przecież jest on jedynie zwrotniczym wykonującym polecenia post-komunistycznego układu. Jednym z takich poleceń było danie posady ministra dla ex-konfidenta, Michała Boniego, z którym właśnie przyjmował petycję „Solidarności”. Tusk, który w roku 1992, podczas nocy czerwcowej wieszał się u klamki układu, dobrze odrobił lekcję oportunizmu, służby niepolskim interesom.
Na witrynie niezależnej można równiez posłuchać ważnego wywiadu z pisarzem Markiem Nowakowskim, który nie po raz pierwszy zabiera głos w sprawach Ojczyzny. W roku ubiegłym III RP nazwał dosadnie „gnojówką” z uwagi na głęboki stan korupcji. Tym razem punktem wyjścia dla rozmowy z pisarzem była wypowiedź reżysera Antoniego Krauze, ogłoszona na łamach „Newsweeka”. Były w niej słowa piętnujące panowanie kłamstwa w III RP. Krauze stwierdził, że czuje się jak w PRL-u, gdyż otacza go wszechobecne kłamstwo i prymitywna propaganda. Marek Nowakowski, zgodził się z tym, a nawet wzmocnił diagnozę reżysera. Sytuację określił jako zarazę wszechogarniającego kłamstwa, które przebiera miarę zwłaszcza od daty smoleńskiej tragedii, a dziś osiąga apogeum. Ten stan rzeczy nazwał też, trucizną, która w dyktaturze mediów sprawia, że w nowych pokoleniach rosną potworki zniekształcone przez media. Rząd Platformy oprócz władzy realnej chce mieć władztwo ducha.


A gdy nie ma prawdy, a historia niepotrzebna – zdaniem postkomunistów – młodzi są jak w letargu, gdyż relatywizm zrównał dobro ze złem. Rosną pokolenia o amputowanej pamięci, gdy tymczasem – mówi Nowakowski - były Urząd Bezpieczeństwa, mimo ujawniania czasem kapusiów, urósł w jakąś anonimową, nietykalną siłę. Zdaniem pisarza – co powtarza jak mantrę - elementy tej zarazy, tego jedynowładztwa zaczęły kiełkować w roku 1989, to okrągły stół był początkiem tej zarazy, tej równi pochyłej. Propaganda relatywizmu, że wszystko jest niby względne, bardzo pomaga przemycaniu kłamstwa do świadomości ludzi. Stwarza się też oszukańczą aurę, że wszystko gra, bo jesteśmy w Europie, a jeszcze spadło nam aż pół roku prezydencji!
W tym głębokim impasie Nowakowski widzi jednak, że młodzi się budzą i dostrzegają jak kłamliwie operuje się rzeczywistością. Świetny prozaik radzi też młodym oglądać filmy w drugim obiegu, a nie TVN, która zarzuca grubą kotarę na rzeczywistość. Budzą się także kibice futbolu, popularnie zwani kibolami. Pamiętamy wywieszanie przez nich wielkich transparentów z hasłami czy z wezwaniem do Adama Michnika: „Szechter – przeproś za ojca i brata!” Nowakowski ma dużo uznania dla tych „kiboli”, ocenia ich jako ludzi myślących o ojczyźnie, wbrew panującym stereotypom. A co do przyszłości pisarz przewiduje pojawianie się samorzutnych ruchów sprzeciwu, bo także młodzi czują, że coś tu przebrało miarę (cezurą był Smoleńsk), że są zalani tym, co ich truje. I porównuje to do naturalnej obrony organizmu, który czując chorobę, wyzwala siły do naturalnej walki z trucizną.
W tej rozmowie z Joanną Lichocką Marek Nowakowski wspomniał też książkę Rymkiewicza o Samuelu Zborowskim, skazanym przez Walezjusza na wygnanie za zabójstwo Wapowskiego, potem spiskującym wraz z braćmi przeciwko Batoremu. Z nich najgorszy był może Krzysztof Zborowski, podczas wojny brał złoto od Iwana Groźnego! ( jeśli w XVI-tym wieku już bywali sprzedajni Polacy, ilu jest teraz po epoce sowietyzacji, w apogeum zakłamania i korupcji ?) Ani Rymkiewicz, ani Nowakowski nie pochwalają anarchii Samuela Zborowskiego czy knowań jego braci, ale – jak przypuszcza Marek Nowakowski – Rymkiewicz tą książką chciałby wybudzić społeczeństwo z letargu. Wydaje mi się, że tym przykładem z dawnych dziejów trafi tylko do garstki obywateli, co jeszcze czytają książki. Natomiast z letargu ludzie przebudzili się widząc rezultaty rządów premiera Tuska, raz kłaniającego się pani Merkiel, a potem oddającego wszystko (łącznie ze śledztwem smoleńskim) w łapy niedźwiedzia-Ruska. I dlatego jeden z transparentów pochodu zapowiadał: „Donaldzie cudoku, ty skończysz rządzić w tym roku!”

Oby tak się stało, ale jak pozbyć się postkomunistycznego układu, który ma dziś swego opiekuna w Belwederze ?
_______________________________________________________________________________

niedziela, 21 sierpnia 2011

Akcja Warszawa…

_______________________________________________________________________

- tak może Stalin nazwał prowokację, którą wywołało pożądane przez Rosjan powstanie warszawskie. Nikt nie odbierze powstańcom ani waleczności, ani chwały, ani patriotyzmu – ale siły Armii Krajowej zostały z góry skazane na unicestwienie w zamysłach Stalina, a w Warszawie po prostu wystawiono je „na odstrzał” z rąk hitlerowców!

29 lipca 1944 r. o godzinie 20.15 usłyszano w Warszawie audycję w języku polskim, nadaną z Moskwy! Był to apel wzywający do powstania, sygnowany przez Mołotowa oraz przez Osóbkę-Morawskiego, zastępcę Bieruta w KRN, a więc postać wielce podejrzaną. Osóbka-Morawski był też przewodniczącym PKWN, który powstał w Moskwie (!) 21 lipca 1944.  Apel, na falach moskiewskiej rozgłośni, wzywał do walki:
Polacy! Nadchodzi czas wyzwolenia! Polacy, do broni!
Niech każdy Polak stanie do walki przeciw najeźdzcy!
Nie ma chwili do stracenia!
Następnego dnia, 30 lipca, PPR (polscy komuniści) dołączyła do tej prowokacji wydając odezwę o treści: „Warszawianie!  Do broni! Niechaj w całym mieście, w każdej dzielnicy, powstaną polskie oddziały zbrojne!”.  A na stolicę posypały się ulotki wzywające do walki, podpisane przez gen. Rolę-Żymierskiego. Kim był generał? Michał Rola-Żymierski był oficerem odsuniętym z przedwojennego Wojska Polskiego za nadużycia, a od końca lat trzydziestych (a więc jeszcze przed wybuchem wojny) pozostawał związany z wywiadem sowieckim!
30 lipca nadano z Moskwy też kolejny apel radiowy, wzywający do podjęcia walki, a adresowany do wszystkich ludzi w Polsce, lecz w szczególności do mieszkańców Warszawy. Wzywano ich do …udzielenia pomocy Armii Czerwonej przy forsowaniu Wisły i wkraczaniu do miasta! Krasnoarmiejcy domagali się pomocy! Apel o pomoc był też dość dziwny, bo Niemcy nie dysponowali wielką siłą bojową w tych dniach dla obrony stolicy. Armia Czerwona dotarła nad Wisłę, zajmując pozycje w odległości około 10 kilometrów od miasta. A dzielnicy Pragi bronił Wehrmacht w sile niewiele większej od jednej dywizji.
Gen. Bór-Komorowski uznał wezwanie do boju za wiarygodne, tym bardziej że otrzymał też wiadomość o przybyciu premiera rządu londyńskiego Mikołajczyka do Moskwy. Mogło to oznaczać przełamanie impasu pomiędzy Stalinem a rządem polskim na obczyźnie. Była to jednak nadzieja dla naiwnych, dla tych, którzy nie znali podstępów Stalina. Gen. Bór-Komorowski sądził też naiwnie, że dojdzie do nawiązania kontaktów między Armią Krajową a dowództwem Armii Czerwonej. Podobny wniosek może zdumiewać po wydarzeniach na Wołyniu, a miały one miejsce już w lutym 1944, a więc pięć miesięcy przed wybuchem powstania. Na ziemi wołyńskiej doszło bowiem do zetknięcia się oddziałów AK z Armią Czerwoną, ale władze NKWD zażądały włączenia dywizji AK do armii Berlinga! Po odrzuceniu tego ultimatum część dywizji musiała przebijać się na zachodni brzeg Bugu. Resztę AK-owców wcielono przemocą do armii Berlinga, a oficerów wywieziono w głąb Rosji. Po tych wypadkach dowództwo warszawskie AK nadal miało jakieś złudzenia co do intencji Rosjan?
Na Wileńszczyźnie, w lipcu,  także doszło do podobnych wydarzeń. 13 lipca siły AK, po wielu starciach z Niemcami, zajęły Wilno. Na ulicach wywieszano polskie flagi. Sowieci nakazali jednak oddziałom AK opuścić Wilno i zgromadzić się na skraju Puszczy Rudnickiej. Dowódców AK zaproszono na obiad z oficerami Armii Czerwonej, ale z tej „uczty” już nie wrócili. Aresztowano ich, deportowano w głąb Rosji. Aresztowano też delegata rządu w Wilnie oraz urzędników Delegatury. Otoczeni w puszczy AK-owcy próbowali przebijać się na Grodno i Białystok. Wyłapywani w grupkach mieli propozycję wstąpienia do armii Berlinga, a opornych wysyłano do obozów w Rosji. W podobny sposób Rosjanie postępowali w okręgu lwowskim, lubelskim (tam AK miała największe zgrupowania ), białostockim czy później w radomskim.
    Czy po takich doświadczeniach można było mieć jakieś wątpliwości? Stalin zamierzał eliminować siły AK jako formacje niepodległościowe, tolerował wyłącznie armię Berlinga i Armię Ludową. W tej sytuacji tylko ludzie bardzo naiwni mogli żywić nadzieję, że po zrywie AK w Warszawie będzie inaczej. Siły AK w stolicy pod wodzą płk. Montera (Antoni Chruściel) liczyły około 40 tysięcy, lecz z uzbrojeniem nie było najlepiej. Zapasy amunicji i żywności nie pozwoliłyby powstańcom utrzymać się dłużej  niż siedem dni. Dlatego gen. Bór-Komorowski ze sztabem od miesięcy zwlekał z decyzją, dopiero przestał się wahać po konferencji z wicepremierem Jankowskim, delegatem rządu londyńskiego w kraju. I on  uważał, że powstanie upadnie, jeśli w ciągu tygodnia Armia Czerwona nie wkroczy do miasta. Uznano jednak, że bliskość Rosjan zapowiada szybką ofensywę, a wezwaniom radiostacji z Moskwy dano kredyt zaufania po wiadomości o spotkaniu Mikołajczyka ze Stalinem. Wszystkie człony sowieckiej pułapki zamknęły się z pozorną, a złowieszczą logiką.
Mimo iż 14 lipca meldunek komendanta głównego AK do gen. Sosnkowskiego stwierdzał, że „powstanie nie ma widoków powodzenia”, dowództwo AK w Warszawie wydało jednak Armii Krajowej rozkaz do ataku. Godzinę „W” wyznaczono na piątą po południu w dniu 1 sierpnia. Decyzji tej nie przemyślano  też z innych powodów: oto po uprzedniej ewakuacji części sił niemieckich, a nawet administracji, od 26 lipca wracały do Warszawy oddziały policji i SS. Mało tego, Niemcy otrzymali znaczne posiłki: wyborową dywizję „Hermann Goring” oraz pancerną dywizję SS „Wiking”. Oznaczało to zamiar utrzymania Warszawy. W warunkach tak poważnego wzmocnienia niemieckich sił wywołanie powstania było aktem wręcz samobójczym. Gdzieniegdzie mieszkańcy stolicy zajmowali wrogą postawę wobec idei powstania, uważając je za oczywiste szaleństwo.  I rzeczywiście, od 5 sierpnia AK-owcy byli już w defensywie…
Znamy dzieje powstania, które nie powinno było wybuchnąć choćby dlatego, że w akademiach wojskowych uczy się tej podstawowej zasady: nie podejmuje się akcji militarnej, gdyby miała ucierpieć przy tym ludność cywilna. Przypomniał to zaraz gen. Anders, przeciwny powstaniu, nawołujący do wstrzymania walk. I nie on jeden. Próby mediacji, przerwania walk nie powiodły się – po 63 dniach heroicznej bitwy, często bez wody, zapasów, z resztkami amunicji - powstanie upadło. Nie mogło być inaczej. Zabytki obrócono w ruiny, spłonęły archiwa, muzea. Zginęło około 200 tys. ludzi, pozostałych deportowano do obozów. Stalin osiągnął swój cel: zniszczył Armię Krajową rękami hitlerowców, co ułatwi mu sowietyzację Polski. Po tej niewiarygodnej zbrodni Armia Czerwona stała pod Warszawą jeszcze do połowy stycznia, czekając aż Niemcy ukończą burzenie miasta!
Niestety, udała się pułapka zastawiona przez Stalina… Sztab AK dał się zwieść pozorom - ale chwała i cześć bohaterom tego nierównego zrywu!
_________________________________________________________________________________